1. Start
  2. Jan Kiepura
  3. Superstar

Superstar

Brunetki, blondynki...Na stopniach pociągu, czy na hotelowym balkonie witały go wielotysięczne tłumy. Krótkim gestem uciszał wiwaty i po chwili rozbrzmiewał potężny, metaliczny i jasny głos. Mimo wielkiej, międzynarodowej sławy uważał się za prostego „chłopaka z Sosnowca”. Uznawany za następcę Enrico Caruso zrobił oszałamiającą karierę, o której pisał przyjacielowi: „Pociągi, taksówki, dziennikarze, ryk publiczności, kwiaty, mowy, żebraki, kochanki wszystkich narodowości i kolorów włosów, przekleństwa tak zwanej kariery - i tak w coraz nowym mieście: Paryż, Wiedeń, Amsterdam, aż się we łbie kołuje (...) Mam wszystko: sławę, pieniądze, mercedesy 100HP, entuzjazm tłumów, odznaczenia, zaszczyty, wszystkie domy Europy otwarte, wszystkie panny z otwartymi rękoma i... rozłożonymi nóżkami, agencje z wywieszonymi jęzorami prześcigają się w ofertach, każdy minister i prezydent chętnie by mnie gościł u siebie, słowem mam wszystko, co do szczęścia trzeba, lecz szczęśliwy nie jestem...”

 

Placido Domingo, zapytany, co by było, gdyby śpiewał dzisiaj, odpowiedział: „któryś z nas, trzech tenorów, musiałby ustąpić mu miejsca. A może byłoby czterech?”

 

Ojciec Jana Kiepury, tak samo jak Luciano Pavarottiego, był piekarzem (dziwne, że nikt jeszcze się nie pokusił o badania wpływu mąki i drożdży na genetyczne uwarunkowania wokalne). Rodzinny biznes się rozrastał. Pan Franciszek kalkulował: za chwilę zaczną się procesy. Dobrze byłoby mieć adwokata na każdą okazję. Wysłał Janka na studia prawnicze do Warszawy. Kiedy syn wrócił, chwaląc się legitymacją adepta Opery Warszawskiej, ale z nie zaliczonym rokiem na uczelni, papa sprawił mu takie lanie, że dorożkarz widząc co się dzieje, uciekł nie czekając na zapłatę. Ojciec uważał budowanie przyszłości na instrumencie tak niepewnym, jak głos, za przejaw nieodpowiedzialności. Ciekawe, co myślał, gdy Jan oddał mu w administrowanie jeden z najnowocześniejszych pensjonatów w Europie?

 

Przebojowość i niezwykła pewność siebie pomogły mu u progu europejskiej kariery. Dyrektor Opery Wiedeńskiej, od której rozpoczął się tryumfalny marsz przez największe sceny świata, zaskoczony nagłą niedyspozycją odtwórcy roli Cavaradossiego w Tosce, zapytał tylko: „umie pan śpiewać po włosku?”. Kiepura potwierdził bez namysłu, chociaż języka nie znał. Po włosku zaśpiewał tylko pierwszą arię, następne po polsku. Publiczność nie zwróciła na to uwagi, oczarowana wokalną perfekcją.

 

Pomagała mu także naturalna chęć zdobywania sobie ludzi i talent jednania ich sympatii. Adam Didur, najwybitniejszy w historii polski bas, rywal Fiodora Szalapina, filar zespołu Metropolitan Opera i serdeczny przyjaciel Kiepury mówił o nim tak: „Gdyby Kiepura urodził się fryzjerem, ludzie mieliby po pięć bród do golenia. Bo to jest dziecko szczęścia!” Dysponował głosem tenore brillante, o rzadkiej barwie. Dar był podobno przypadłością dziedziczną. Mawiano, ze proboszcz nie rozpoczął nieszporów, zanim babka Kiepurowa nie zasiadła w kościelnej ławie, a ojciec Janka mimo zaawansowanego wieku potrafił tak huknąć, że się służąca zsikała.

 

Jerzy Waldorff, świadek występów Jana Kiepury, pisał: „..każdy dźwięk emitowany z gardła najwłaściwiej, każda fraza jak cyzelowana dłutem rzeźbiarza, głos na linii crescenda wzmagający się w nieskończoność, cudowne piana wysokich rejestrów, fermaty jak gdyby ten człowiek miał w płucach zapas powietrza bez granic. A do tego gra!...”

 

Jedną z tajemnic powodzenia naszego śpiewaka była gioia di cantare (radość śpiewania) wynikająca z jego beztroskiej i ujmującej aury. Śpiewał niesłychanie sugestywnie. W czasie bisów zawsze wykonywał wesołego kujawiaka Umarł Maciek, umarł i leży na desce, wprowadzając nastrój ludycznej swojskości. Kiedy podczas występu na Wystawie Światowej w Paryżu zaprezentował przyśpiewkę, siedzący w loży honorowej prezydent Francji Albert Lebrun powstał, a wraz z nim cała sala. Gwardia Narodowa zaprezentowała broń. Być może skoczna piosenka skojarzyła się prezydentowi z Mazurkiem Dąbrowskiego?

 

Podczas występów na dachach samochodów, w oknach, na dworcach i ulicach, podkreślał, kim jest i skąd pochodzi. Przemawiał do tłumów niczym ludowy trybun, posługując się stworzoną przez siebie gwarą, przypominającą śląską. Urzekał tym prostych ludzi, którzy z miejsca uznawali go za swojego. Kolejki po bilety ustawiały się od rana, tak w Warszawie, jak w Kopenhadze. Zdarzało się, że obsługa koncertów musiała gasić światło, żeby przerwać niekończące się bisy.

 

Kiepura miał wrodzoną zdolność do otaczania się aurą fenomenu, elektryzującego opinie publiczną. Dbał o to, by w codziennej prasie ukazywały się żarty i anegdoty o nim. Dzisiaj, w czasach tabloidów i internetowych serwisów plotkarskich nie dziwi taka strategia autokreacji. W latach międzywojennych były to działania prekursorskie i moralnie dwuznaczne. Od początków kariery lubił szerokie gesty i idącą za nimi popularność. W czasach występów w wiedeńskiej Staatsoper ufundował stół w restauracji, przy którym polska młodzież z wyższych uczelni mogła jeść na jego rachunek.

 

Srebrny ekran uczynił z Kiepury ikonę kultury masowej. Kończyła się epoka kina niemego. Wiele znakomitych gwiazd straciło blask, gdy okazało się, że bogini ekranu ma głosik jak lewicowa posłanka, a zniewalający amant sepleni. Wraz z pojawieniem się filmów dźwiękowych, producenci rozpoczęli poszukiwania indywidualności o ujmującej aparycji i czarującym głosie. Kiepura spełniał te warunki. Był przystojny, znany, uzdolniony aktorsko, uśmiechnięty i sympatyczny. Kariera filmowa odpowiadała mu z wielu względów. Nie ufał trwałości głosu, przez całe życie musiał zmagać się z nieżytem jamy nosowej i krtani, spowodowanym kontuzją z dzieciństwa (został trafiony w nos kamieniem). Zaśpiewanie paru piosenek było nieporównanie mniejszym wysiłkiem niż zmaganie się z poważną partią w operze. Podświadomie uwierał go również kompleks biedy, której zaznał w młodości. W dziurawych butach biegał wzdłuż torów kolejowych w poszukiwaniu zaginionych wagonów z mąką, ekspediowanych z Warszawy do ojca na Śląsk. Filmowe apanaże były, tak jak teraz, niebotyczne. Za świetny kontrakt z Civic Opera w Chicago otrzymał w 1931 roku 2000 dolarów, umowa z Paramount na cztery filmy opiewała na okrągły milion. Filmowe piosenki Kiepury śpiewał cały świat. Rozbrzmiewały na ulicach miast wszystkich kontynentów. Największe przeboje to: Ninon z filmu Main Herz ruft nach Dir oraz osławione Brunetki, blondynki... z obrazu Ich liebe alle Frauen. Nawet dzisiaj można oglądać oryginalne taśmy ze szlagierami Kiepury, powklejane na You Tube przez wielbicieli z różnych kontynentów. W tym czasie mieliśmy jeszcze jedną międzynarodową gwiazdę, „królową Hollywood”, Polę Negri, czyli Apolonię Chałupiec. Nie lubili się z Kiepurą. Wzajemną niechęć spotęgował towarzyski zgrzyt podczas rautu w polskiej ambasadzie w Berlinie. W czasie wzajemnej prezentacji oznajmił, że nie wie, kim jest Pola Negri, natomiast ona stwierdziła: „nie wiedziałam, że Pan śpiewa.”

 

W trakcie pracy nad jednym z filmów poznał największą miłość, późniejszą żonę, wiedeńską aktorkę węgierskiego pochodzenia Marthę Eggerth. Kiepura od zawsze otoczony był wianuszkiem pięknych kobiet. Temperament odziedziczył podobno po ojcu. Mawiano, że tak jak na marynarza czeka w każdym porcie dziewczyna, tak pan Franciszek w każdym młynie miał inną młynarkę. W Janku zakochała się na zabój Miss Polonia z 1930 roku, Zofia Batycka, aktorka. Uważała się za skończoną piękność do tego stopnia, że nie chciała przekazać korony następczyni i musiano konkurs odwołać. Bliższa znajomość z Marthą rozpoczęła się od spaceru ulicami uśpionego Berlina. Jan odprowadzał filmową partnerkę do domu, po dniu zdjęciowym. Było już po północy, gdy napotkali starą kwiaciarkę z ogromnym koszem. „Pani Marto, czy może mi pani pożyczyć 15 marek?”. Kwiaty jej wręczył, pytając cicho: „Czy domyśla się pani, dlaczego je kupiłem?”. Spodziewając się gorących miłosnych wyznań usłyszała: „Tak strasznie żal było mi tej starej, że do późna w nocy nie sprzedała towaru!”. Na długo przed ślubem powiedział: „Nie możesz zostać moją żoną z trzech powodów. Po pierwsze nie jesteś Polką. Po drugie, farbujesz włosy, a po trzecie jesteś aktorką”. Martha odpowiedziała: „Aktorką jestem i będę. Włosy rzeczywiście farbuję, ale mogę wrócić do naturalnych. A Polką stanę się przy Tobie” Przeżyli razem najpiękniejsze lata, nierozłączni w życiu i na scenie. Dochowali się dwóch synów, zdobyli olbrzymi majątek. W swoim czasie cieszyli się w świecie nie mniejszą popularnością, niż dzisiaj Beckhamowie. Kiedy przyjeżdżał do kraju, już jako wielka gwiazda, mówił: „Przybywam do Polski nie po to, aby śpiewać i zarabiać, ale by przez kilka tygodni żyć polskim życiem - jak wolny, normalny człowiek”. W obliczu wojny, latem 1939 roku, zakupił szereg parceli budowlanych w Gdyni, aby dać przykład głębokiej wiary, że ziemia ta pozostanie polska. Koncertami w kraju solidnie zasilił Fundusz Obrony Narodowej.

 

Wybuch wojny zastał Kiepurów w Paryżu. Jan zaciągnął się do armii jako jeden z pierwszych, z numerem 207. Niedługo stanął przed gen Sosnkowskim i usłyszał: „mamy już sto tysięcy żołnierzy, którzy potrafią lepiej strzelać, ale żaden nie potrafi śpiewać lepiej od Pana”. Angażuje się na rzecz sprawy polskiej w USA. Występując dla kilkudziesięciotysięcznej publiczności szybko zebrał sumę przekraczającą 100 tysięcy dolarów. Wzruszał słuchaczy nie tylko głosem, ale również żarliwymi apelami o pomoc Polsce. Franciszek Kiepura w ostatniej chwili podejmuje z Banku Holzera duże sumy w złocie i dewizach, złożone przez Jana. Na polecenie syna przekazuje je Radzie Głównej Opiekuńczej, jako pomoc dla najbardziej potrzebujących.

 

Będąc u szczytu sławy bezustannie podkreślał, że jest Polakiem. Artystów towarzyszących mu podczas prób zapraszał na „obiady po polsku”. Oblegającym go tłumnie dziennikarzom wskazywał buty i mówił: „Popatrzcie, to buty polskie, od szewca Hiszpańskiego z Warszawy, najlepsze na świecie”. Fotoreporterom prezentował fotografie z Krynicy podkreślając, że nigdzie nie jest tak pięknie. W niejednym kontrakcie filmowym zastrzegał sobie prawo do wykonania przynajmniej jednego utworu po polsku.

 

Od najmłodszych lat ujawniał cechy biznesmena. Rozpoczął od handlu mąką na dużą skalę. Było to na początku lat 20., w czasie hiperinflacji. Nie raz też tracił. Ojciec pożyczał mu pieniądze na wysoki procent, żeby Janek odzyskał kapitał. Był zadania, że tylko ten potrafi dać sobie radę z życiem, kto zacznie od najcięższej walki. Podpisując pierwszy poważny kontrakt starannie przeliczał dolary na złotówki. Nieprzyjemnie zaskoczył świętujących kokosowy interes kontrahentów z agencji Gutmanna wracając niespodziewanie, żeby zainkasować zaliczkę, o której nieopatrznie zapomniał. Miał doskonały nos do interesów. W czasie studiów dotarł do francuskiego dyplomaty, który zaczął dostarczać mu perfumy. Jan sprzedawał je z takim zyskiem, że wkrótce przeniósł się z sublokatorskiego pokoiku do obszernego apartamentu z fortepianem. Potrafił dobrze lokować zapracowane pieniądze.

 

Na początku lat 30. wybudował kosztem kilkuset tysięcy dolarów luksusowy pensjonat Patria w Krynicy. Przedsięwzięcie prowadzili zgodnie rodzice Kiepury. Architekt Bohdan Pniewski, podając wysokość honorarium za zaprojektowanie pensjonatu usłyszał: „taki projekt zrobiłbym sam za połowę tej sumy”. Pniewski odpowiedział Janowi: „Za połowę tej sumy, to ja mogę panu zaśpiewać”. W Patrii bywali przedstawiciele najlepszych domów Europy. Najznamienitszym gościem była holenderska następczyni tronu Juliana, której krynickie wody pomogły wyleczyć bezpłodność. Żartowano, że Kiepura pośrednio przyczynił się do zapewnienia sukcesji holenderskiego tronu. Umiał walczyć o swoje. Tuż przed wybuchem wojny zablokowano w Niemczech konta artystów niearyjskiego pochodzenia. Matka Jana była zasymilowaną Żydówką. Udał się na audiencję do Goeringa wraz z Adamem Didurem. Nieświadomy, że rozmawia z jednym z największych zbrodniarzy, jakich wydała ziemia, powiedział mu, co myśli o ograbianiu artystów. Goering nie przerywał Kiepurze tyrady, uśmiechał się jowialnie i pomimo antysemickiej nagonki kazał konto odblokować.

 

W 1944 roku Kiepura postanowił wystawić Wesołą wdówkę Lehara. Nikt jednak nie kwapił się do lokowania pieniędzy w tak niepewnym interesie jak operetka. Tym bardziej, że już narodził się musical. Za własne pieniądze wynajął teatr na Brodwayu, a w tytułowych rolach obsadził...siebie i żone Marthę. To był strzał w dziesiątkę. Zagrano ponad 800 przedstawień, co dało ponad milion dolarów zysku. Prawdziwą fortunę zbił na obrocie nieruchomościami w USA i Kanadzie. Biznes fascynował go na równi ze śpiewaniem, a giełda przyczyniła się bezpośrednio do jego śmierci. Umarł w 1966 na zawał serca, po telefonie od swojego maklera. Potrafił się dzielić. Koncertował na rzecz Muzeum Narodowego, powodzian, biedaków. Zwierzał się swojemu synowi, że najwięcej satysfakcji sprawiały mu występy na rzecz najbiedniejszych. Na nagrobku Kiepury umieszczono jego słowa: „gdy człowiek umiera, nie pozostaje po nim na tej ziemi nic, oprócz dobra, które uczynił innym.”

 

Ideałem nie był. Każdy, kto osiąga wielki sukces, wzbudza zawiść. Często bezinteresowną. W przypadku Kiepury ataki były szczególnie zajadłe. Potrafiono rozrzucać przed koncertem ulotki z przedrukowanymi napastliwymi artykułami. Po wojnie atakowano Kiepurę bezpardonowo, zarzucając mu zdradę i cynizm. Przodował w tym Przekrój. Wielu miało go za egocentryka i groszoroba. Czasami sam przyczyniał się do takich opinii. Kiedy po raz pierwszy powrócił po wojnie do kraju w 1958, tłumy witały go jeszcze bardziej entuzjastycznie, niż kiedyś. Wielu dawnych wielbicieli zraził do siebie rubasznymi żartami na temat przaśnej rzeczywistości i biedy. Honoraria, jakie dostawał w PRL porównywał do gaży swojego służącego, a zapytany, co sadzi o Pałacu Kultury odpowiedział: „Mam taki w Ameryce, tylko większy”. Nie znosiły go salony z powodów, które kapitalnie ujmuje muzykolog Wacław Panek: „...najśmieszniejszy był rozgłos tego piekarczyka z Sosnowca, nieokrzesanego prostaka, który na każdym kroku podkreślał z jakiego miasta i z jakiego kraju pochodzi. Wiadomo - plebejusz, który nie czuje ducha elity. Bo prawdziwy artysta jest kosmopolitą, unosi się ponad sprawy narodowe. Prawdziwy artysta żyje tylko sztuką, ogarniającą cały świat i siłą rzeczy powinien być zaprzeczeniem regionalnego prowincjonalizmu.” Kawiarnia warszawska była o tym głęboko przekonana.

 

Kiepura nie uprawiał sztuki dla sztuki. Ciężka pracą dążył do sukcesu, który był realizacją jego najskrytszych marzeń. Był legendą. W przedwojennych domach rozmawiano o nim więcej, niż obecnie o Małyszu i Kubicy. W ostatniej drodze na Powązki towarzyszyło mu ponad 200 000 oddanych ludzi. Nasi dziadkowie widzieli w nim zaprzeczenie polskiego kompleksu: bycia gorszym, głupszym czy mniej zdolnym.

 

Warto pamiętać chłopaka z Sosnowca, uwielbianego na całym świecie, pomyśleć czasem o nim. Nie tylko wtedy, gdy z głośnika płynie komunikat: „pociąg Inter City Jan Kiepura relacji Warszawa - Amsterdam wjedzie na tor pierwszy przy peronie drugim”.

Mknie ponad 200 km/h. Za Odrą, bo u nas podobno tory słabe.

 

Mirosław Szymański

źródło: Radio Wnet